Po co mi to?

Uczę się.
Całe życie.
Żyć.
Robić zdjęcia.
Mam wrażenie ulotne, że wiem dlaczego.
A może tylko mi się wydaje, że wiem?
Wewnętrzny nakaz.

Patrząc z drugiej strony – tak myślę sobie – czemu te zdjęcia mają służyć? Co ma z nich wynikać? Czy w ogóle coś musi wynikać?

Oczywiście – gdy robię na zamówienie – to robię je po to, żeby dostać kasę. To proste.

Ale poza tym też robię zdjęcia.
I pytam sam siebie – po co? Po co ten czas, po co ta fatyga, po co te koszty? Może to tylko chęć zaspokojenia tego wewnętrznego przymusu?  Może tylko przyziemne usiłowanie zaistnienia, pokazania się innym: „zobaczcie, ja też potrafię!”
Wydaje mi się, że wyrosłem z potrzeby pochwalenia się.
Niemal wszystkie moje zdjęcia robione prywatnie, to zdjęcia ludzi. Dla mnie celem jest nie tylko samo stworzenie ciekawego obrazu, eksperymentowanie ze światłem, postrzeganiem, złudzeniem. Jest nim także możliwość poznawania ludzi, którzy stają przed obiektywem. Dlatego też znacznie bardziej jest dla mnie pożyteczne inicjowanie zdjęć w warunkach możliwie naturalnych, zdjęć niekoniecznie wystylizowanych. Jednym z celów (czyli „po co?”) jest dotarcie do punktu, w którym będę umiał zrobić takie zdjęcie, które będzie mówiło. Bez pisanego komentarza, bez objaśnień.

To jest  pierwszy cel. Jakby bardziej fotograficzny.

Drugi, to chęć podzielenia się swoim własnym punktem widzenia. Oczywiście – nie musi to nikogo interesować. Być może to jak gadanie do ściany. Ale tak chcę. I już. Po swojemu.

A dodatkowo – chcę zatrzymywać sobie to, co mi się podoba. W sposób, jaki mi się podoba. Nie umiem rysować ani malować. Wiec to jedyna metoda. A może przy okazji ktoś jeszcze czasem skorzysta.

Wiem jedno: chcę, żeby zawsze robić to po swojemu. Żeby to były moje zdjęcia.
Nie chcę, żeby były takie same, jak wszystkie inne.
Nie chcę, żeby były: „bo tak się teraz robi”.
Moje.

Blog.

Blog fotograficzny.

Inny.

Ha! – to pytanie – jaki?

Może o technice, o wielkim formacie, o cyfrze, o analogu, o czarno-białych zdjęciach, o fotoszopie, o chemii, strobingu, … ?

Tak, tak. Racja. To wszystko będzie . Jakoś.

Tyle, że zupełnie inaczej. Otóż w tym blogu… nie będzie zdjęć.

Bo tak.

Bo nie jest celem moim rozpływanie się in plus lub in minus nad takim czy innym zdjęciem. Chcę sięgać po to, co jest „przed”, „zanim”, „pod spodem”. Być może czasem wskażę na jakiś obraz, lub autora. Jednak chcę, żeby tu nic Cię nie rozpraszało.

Może mi się uda osiągnąć taki stan, gdy zaczną krążyć myśli, rozważania, przemyślenia – zamiast obrazów. Wolałbym w odbiorze być bliżej „Teatrzyku Zielone Oko” niż „Ptaków”.

Dlaczego robię zdjęcia?

Skąd takie pytanie? I po co? Być może to kwestia wieku. Być może sprawka zdarzeń, spotkań. A może suma doświadczeń dopełniła świadomość?

Uczę się robić zdjęcia od jakichś co najmniej trzydziestu lat. Przez pierwszych dwadzieścia w ogóle się nie zastanawiałem po co mi to. Potem zazwyczaj inni mówili co i jak ma być zrobione. A czas płynął. Teraz widzę, że przeoczyłem – wydaje się ważną – kwestię. Przez tyle lat w zasadzie ani razu na poważnie nie zastanawiałem się dlaczego robię zdjęcia. Bo w zasadzie – jeśli nie wiem, dlaczego je robię, to może to jest bezsensowne? Może to po prostu poddanie się jakiejś sposobności, modzie, okolicznościom?

Zastanawiam się, co mnie od wewnątrz popycha do tego działania. Pomału składam sobie w całość te impulsy. Próbuję poznać siebie.

Myślę, że zaczęło się od techniki. I nawet nie od magii urządzenia. Wtedy nie było łatwo o urządzenia a już na pewno nie było powszechnej możliwości dla takiej ekscytacji technicznej jaka dziś jest dostępna. Technika powstawania obrazów w ciemni wciągnęła. Pół magia, pół chemia.

Po latach można było zacząć wybierać. Bawić się sprzętem – aparaty, obiektywy… Ale to wciąż jedynie rozmaite odmiany fascynacji. Z czasem dorobiłem się całej szafy pełnej rozmaitych wyrobów sztuki mechaniki precyzyjnej i optyki. Dodatków. Akcesoriów. W pewnym momencie zauważyłem, że w zasadzie nie używam nawet dziesiątej części tego wszystkiego. Ale próbując wybrać, co z tego jest mi naprawdę potrzebne – stanąłem przed innym dylematem: co ja będę z tym robił? Do czego mam to wykorzystywać? Przecież to kluczowa decyzja. Dlaczego ten aparat, dlaczego tamten obiektyw?

To był chyba pierwszy krok do przemyśleń: co mną powoduje, że robię zdjęcia?

Teraz dopiero wydaje mi się, że potrafię z grubsza to określić. Bo z jednej strony wciąż fascynuje obcowanie z dobrą techniką, z precyzją mechanizmów co sprawia, że nie jestem w stanie pozbyć się kanciastych, mechanicznych konstrukcji sprzed lat. Z drugiej jednak – coś czuję. Może jest to chęć zatrzymywania czasu, obrazów dostrzeżonych. Może chęć pokazywania momentów po swojemu. A może jest też tak, że jakiś artystyczny odruch, wewnętrzna potrzeba szukania piękna. Coś, co jest nieco chociaż inne od standardowej codzienności. Nie czuję się Artystą. Ale coś każe domalowywać jakieś kolory do codzienności. W końcu – czy jest szczytem człowieczeństwa trzecia półka u Maslowa? A może czwarta?

Myślę, że każdy ma w sobie coś, co go pcha na najwyższy poziom. U mnie zadziałał obraz, fotografia. Wydaje mi się, że dlatego robię zdjęcia, bo to faktycznie popycha mnie ponad chmury. Chociaż odrobinę. A dopiero teraz zaczynam myśleć o tym, jak to robić. Uczę się.